|
Było łatwiej niż przypuszczaliśmy. Po miłej pogawędce z Panią Konsul zostaliśmy zaszczyceni dziesięcioletnim kluczem do "raju". Jedyne 300 zł od łebka. Mieliśmy ze sobą sporo różnych dokumentów, na infolinii zostaliśmy poinformowani, że mogą być potrzebne, ale Pani Konsul uwierzyła nam na słowo. Nawet mówiła, że nam zazdrości .
Najpierw naczytaliśmy się na przeróżnych forach o tym, jak trudno jest dostać wizę amerykańską. Później przeczytaliśmy chyba całą stronę internetową ambasady. Następnie zrobiliśmy zdjęcia (takie wpatrzone w obiektyw obojętnym wzrokiem, na których musi być widoczne oboje uszu, duża głowa - generalnie wychodzi paskudztwo). Przygotowaliśmy niezbędne dokumenty i te opcjonalne również (uzbierała nam się tego spora teczka - wyciągi z kont, własność mieszkania, rezerwacja biletów, itp.). Kiedy mielismy już wszystko gotowe - telefon na infolinię (jedyne 4 zł za minutę plus VAT), żeby umówić się na spotkanie z Konsulem. I tu zagadka - jak naciągnąć petenta na większą ilość minut rozmowy niż planował? Odpowiedź: zapytać go czy wie jakie ma zabrać ze sobą dokumenty, a kiedy powie że wie, bo czytał stronę internetową - poinformować go, że nie wszystkie informacje tam zawarte są aktualne. Każdy w takiej sytuacji wysłucha listy dokumentów i dowie się, że jednak wszystko miał przygotowane jak należy. A minutki lecą... Ech. Spotkanie umówiliśmy już na następny dzień. Jeszcze tylko opłata za rozpatrzenie wniosku (wizy dla obywateli Polski są bezpłatne ), małe 300 zł od osoby - najlepiej na poczcie, bo nie pobierają dodatkowych opłat. Tak uzbrojeni pojawiliśmy się następniego dnia przed ambasadą ok. 10 min przed umówioną godziną. Najpierw kolejka przed bramą (jak się chce jechać do "raju" to trzeba swoje w śnieżycy bez zadaszenia odstać). Następnie pierwsze pomieszczenie, a w nim trzepanko - nie można wnosić prawie niczego poza dokumentami. Dalej - kolejka znów na powietrzu, ale już z daszkiem. W końcu - kolejka w budynku głównym, sprawdzanie wniosku, czy dobrze wypełniony, zdjęcia naszych zdjęć, i numerek (wspólny) wskazujący naszą kolejność rozmowy z Konsulem. Sala tortur znajduje się w piwnicy, ale nareszcie są krzesełka. Konsulów jest kilku, każdy przyjmuje przy swoim okienku zaopatrzonym w grubą szybę. Dla oczekujących wyświetlany jest film prezentujący uroki Stanów Zjednoczonych. W końcu przychodzi na nas kolej - trafiamy do usmiechniętej Pani Konsul, zostawiamy odciski palców i po 3-5 minutach miłej rozmowy (my wybraliśmy angielski, ale spokonie mozna przeprowadzić tą rozmowę po polsku), głównie o podróżach (Pani Konsul radzi nam koniecznie odwiedzić Wietnam i Kambodżę) zostajemy zaszczyceni wizą do "raju". Na 10 lat. Nie pokazaliśmy żadnego dokumentu z naszej skrupulatnie przygotowanej teczki. Jedynym pytaniem weryfikującym nasze związanie z Polską było czy mamy mieszkanie. Na koniec dowiedzieliśmy się, że Pani Konsul nam zazdrości i będzie musiała pomyśleć czy sama się na taką wyprawę nie wybierze. Podsumowanie: z naszej perspektywy dużo krzyku o nic. Może powinniśmy opatentować metodę zdobywania wiz: "na podróż dookoła świata"? |