|
Z Antiguy wyjezdzamy chickenbusem do Guatemala City. Stolica Gwatemali nie ma raczej niczego do zaoferowania turyscie poza najbrudniejszym i najstraszniejszym dworcem autobusowym w calej Ameryce Centralnej. Dlatego nie chcemy zostawac dluzej.
Zabawiamy tu tylko godzine w oczekiwaniu na bezposredni autobus do San Salvador za jedyne 12$ od osoby w 'servicio especial' czyli z klima, toaleta i telewizorem. 'O, przepraszam, ten nie ma telewizora' - poinformowal mnie Pan sprzedajacy bilety. Pytam zatem z ciekawosci o ew. servicio nie-especial, takie zwykle. Ooo, zwyklych nie ma. Do wyboru mam servicio especial albo... servicio especial. A jak mi zalezy na telewizorze to moge poczekac godzine albo dwie na nastepny autobus. Nie wyglupiam sie zatem wiecej tylko grzecznie placimy 24$ i czekamy na odjazd stylowym dosc starym amerkanskim autobusem dalekobieznym. Granice przekraczamy bezbolesnie, moze poza tabunem tubylcow nie odstepujacych turystow na krok, oferujac wymiane walut, pomoc przy bagazu, nocleg albo transport. Caly czas liczac na choc skromny zarobek kieruja zagubionego turyste do odpowiedniego okienka i odprowadzaja wiernie do autobusu caly czas wykrzykuja te same slowa: cambio, taxi, hotel. Po obu stronach granicy nie dostajemy zadnej pieczatki, wiec troszke sie martwimy o wyjazd. No ale oni powinni wiedziec najlepiej co jest nam potrzebne. San Salvador wita nas wczesnym wieczorem deszczem i niesamowita duchota. Panowie kierowcy (2) i ich pomagierzy (bagazowi albo po prostu zagadywacze - 2) sa na tyle mili ze staraja sie wysadzac pasazerow w dogodnych dla nich miejscach. My wysiadamy przy MetroCentro, ktore wraz z sasiednim MetroSur tworza najwieksze centrum handlowe w Ameryce Centralnej. Stad spacerkiem ruszamy do wybranego z przewodnika hostelu o wdziecznej nazwie Ximena's Guest House, którego wlascicielka jest wspolautorka rozdzialu o Salvadorze w tymze przewodniku. Warunki raczej spartanskie, ale duzo turystow z calego swiata, którzy przyjechali tu z roznych stron Ameryki Centralnej, wiec bêdzie mo¿na wymienic rady i opinie co do miejsc godnych i niegodnych odwiedzin. Przyjemna duza weranda, ludzie i mozliwosc korzystania z lodowki sprawiaja ze zaduch, cieknaca lazienka i tabuny komarow sa duzo latwiejsze do zniesienia. W ramach zwiekszenia poziomu integracji z innymi turystami, jak równie¿ poprawienia budzetu wybieramy pokoj szescioosobowy. Stolica tej najmniejszej z centroamerykanskich republik nieco zawodzi nas swoim wygladem. Wspomniane centrum handlowe znajduje sie w dosc czystym i w miare nowoczesnym otoczeniu, ale centrum miasta jest brudne, zasmiecone, bardzo zaniedbane i przez to po prostu brzydkie. Dlatego spragnieni odrobiny normalnosci nasz pierwszy dzien w Salvadorze spedzamy w centrum handlowym snujac sie pomiedzy kafejkami internetowymi, fastfoodami (potrzebujemy przerwy od tortilli i ciapy z fasoli) i dosc ubogimi sklepami. Nawet odwazamy sie na pojscie do kina. Piraci z Karaibow, czesc 3, w wersji oryginalnej z hiszpanskimi napisami. Zrozumielismy, podobalo nam sie. Nawet bardziej ni¿ druga czesc. Salvador to na tyle male panstwo ze nie ma specjalnie sensu zmienianie miejsca noclegowego. Dlatego baza jest dla nas San Salvador i stad robimy wycieczki. Pierwsza do parku narodowego Cerro Verde z 1 wymarlym i 2 aktywnymi wulkanami: Izalco i Santa Ana. Wstajemy bardzo wczesnie rano i razem z naszym nowym angielskim kolega Samem ruszamy na dworzec autobusowy, gdzie zgodnie z planem wsiadamy w autobus do El Congo, gdzie chcemy przesiasc sie na autobus jadacy do parku. Wysiadamy i czekamy. Teoretycznie jestesmy 45 minut przed czasem jego przyjazdu, a powinien jezdzic co godzine. Czekamy. Pijemy kawe. Czekamy. Gadamy. Mija 15 minut od jego teoretycznego przyjazdu. Czekamy. Gadamy. Czekamy. Mija godzina. Czekamy. Pijemy soki. Czekamy. Gadamy. Czekamy. Mija druga godzina. Zaprzyjazniamy sie z tubylcami, sami sa zdziwieni ze jeszcze ¿aden nie przyjechal. Czekamy. Gadamy. Mija trzecia godzina. Nic. Zaczynamy sie troche denerwowac, ale tubylcy mowia ze przyjedzie. W koncu: jest! Po 4 godzinach naszego oczekiwania przyjechal. Dowiadujemy sie ze w Salvadorze autobusy czasem zmieniaja trase. Wg widzimisie kierowcow. Dzis wlasnie takie widzimisie nas spotkalo. Nikt sie nie dziwi, wszystko jest ok. A my spozniamy sie o godzine na wchodzenie na wulkan Izalco z przewodnikiem (codziennie o 11). Sami nie mo¿emy isc, sami mo¿emy tylko pospacerowac po dzungli obrastajacej wymarly wulkan. Nawet ladnie, ale szkoda tego Izalco... Tego wieczora Polska wielokrotnie wygrywa w szachy z Anglia. Darek powinien chyba dostac jakis medal za zaslugi. Na druga wycieczke wybieramy sie ju¿ sami po dlugich i niemal placzliwych pozegnaniach z Samem, ktory jako nastepny punkt w swojej wyprawie dooko³a swiata wybral Honduras. Jedziemy do Suchitoto, ladnego kolonialnego miasteczka, zupelnie pustego w niedziele. Tu zamierzamy dostac sie nad jezioro de Suchitlan. Podobno da sie pieszo, wiec idziemy. Idziemy, idziemy, zar sie leje z nieba taki, ze parzy nas nawet powietrze w cieniu. Idziemy, idziemy, widzimy jezioro, ladne widoczki, robimy zdjecia. Ale do samego jeziora jeszcze niezly kawal drogi przed nami i nikogo, kto moglby nas podwiezc. Idziemy dalej? Nie. Padniemy z goraca tu, na tej pustej drodze i nikt nas nie znajdzie. Jezioro zobaczylismy, wprawdzie z daleka, ale zawsze to cos. Wracamy. Wieczorem zmeczeni postanawiamy uciekac z Salvadoru. Dwie wycieczki i obie jakos tak niezbyt udane. Stolica tez nie zachwycajaca. A MetroCentro znamy ju¿ na pamiec. Czas przyspieszyc i smignac do Panamy, ¿eby tam zmienic daty nastepnych lotow. Reszte bêdziemy zwiedzac w drodze powrotnej do Meksyku. Jeszcze tylko po dwie tabletki chloroquine zapobiegawczo przeciw malarii i do spania. A jutro bêdziemy juz w Hondurasie... |