|
Czas na nowe przygody. Dzis piatek, dzien targowy w niedalekim San Francisco El Alto (tak, tak - kazdy chce miec swoje San Francisco). To San Francisco ma jednak pewna ceche wspolna z San Francisco z USA. Wszedzie jest w nim pod gore. A jak wejdziesz na gore to jest z gorki. Jedziemy.
Rynek niestety nieco nas zawodzi. Przypomina targowisko sprzed hostelu w Mexico City, czyli chinszczyzne wszelkiej masci poprzetykana tylko lokalnymi perelkami. Wsrod nich znalezc mozna taki tradycyjny, codzienny stroj Gwatemalki opisany w poprzednej relacji. Z bliska wyglada tak, jakby za chwile mial sie rozpasc w rekach (glownie te recznie szyte bluzeczki), ale kazda jest inna, kazda kolorowa, a wszystkie wygladaja ladnie na zdjeciach ;) Mozna rowniez kupic duzo tkanin, choc sa one nieco mniej kolorowe niz w Meksyku. Tutejszy rynek to nie tylko jeden plac ze straganami. W dzien targowy rynkiem jest cale miasteczko, a stragany ciagna sie wzdluz niemal wszystkich ulic. Na szczycie miasta, znajduje sie kosciol, dookola ktorego sprzedaje sie zywe i niezywe zwierzeta, w tym ryby i krewetki w 3 rozmiarach. Smrod niesamowity. Nie kupujemy niczego, stwierdzamy ze pamiatki sa ladniejsze w Meksyku. A poza tym na razie robimy tu tylko rozeznanie. W drodze powrotnej do Meksyku odwiedzimy jeszcze Gwatemale, bo na polnocy czeka na nas Tikal. Co robimy dalej z tak dobrze rozpoczetym dniem? W przewodniku wyczytujemy informacje o Gwatemalskich Pompejach - El Viejo Palmar. W 1990 roku to nieduze miasteczko zostalo zalane blotem utworzonym z wymieszania wody z tutejszej rzeki Nima i materialu wulkanicznego z aktywnego wulkanu Santiaguito. Ludzie zostali szybko ewakuowani pozostawiajac prawie wszystko. W 1998 roku 'miasto duchow' znow doswiadczylo powodzi blotnej. W jej efekcie rzeka Nima zmienila swoj bieg i zaczela plynac dokladnie przez srodek ruin kosciola, co z czasem stworzylo niesamowity widok w postaci dwoch czesci kosciola oddzielonych 30-metrowym kanionem. Postanowilismy to zobaczyc. Jakos dogadalismy sie z kierowca autobusu zeby wysadzil nas na skrzyzowaniu z droga prowadzaca do El Viejo Palmar. Wysadzil. Na miejscu uczynny tubylec wskazal nam droge. Idziemy. Szeroka asfaltowa droga, mocno pod gore, po lewej dzungla prawie paruje wilgocia. Jest chyba z 50 stopni, a jesli nie to tak to odczuwamy. Idziemy, idziemy, pot z nas scieka wszystkimi mozliwymi drogami, tubylcy nas obserwuja, chyba troche sie z nas podsmiewaja. Dochodzimy do miejscowosci El Palmar. A gdzie Viejo??? Pytamy czy daleko jeszcze. 'El Viejo Palmar? Daleko, ale w przeciwna strone. Tu jest El Palmar. Idzcie na dol i wezcie samochod bo tam grasuje duzo zlodziei.' Kurcze, nie zrozumielismy sie z tym na dole. Trudno. Wracamy. Na dole dopytujemy sie teraz o srodek transportu do El Viejo Palmar. Mowia zeby czekac, przyjedzie. Czekamy, czekamy. Nic. Przejechalo kilka autobusow powrotnych do Xeli. A na skrzyzowaniu zbieraja sie w kolejce pick-upy (takie z klatka z tylu zeby pasazerowie mogli sobie wygodnie stac... jesli taki srodek wogole moze byc wygodny) wozace rozne towary przyjezdzajace autobusem np. z Xeli, ale glownie wozace ludzi. Kierowcy obgaduja nas niemilosiernie, juz wszyscy wiedza gdzie chcemy jechac, ale jakos nikt nie chce ubic z nami interesu. Nawet nie wpadna na pomysl zeby nam zaproponowac swoje uslugi. Kiedy ponownie zaczynamy z nimi rozmowe, tym razem zdeterminowani zeby chociaz dowiedziec sie czy mamy szanse dzis na ten transport okazuje sie ze oni to by nawet z nami pojechali. Ale zasadniczo to im sie nie chce. Pytamy: ile? Cos tam kombinuja, wyliczaja, ze biorac po quetzalu od osoby zarabiaja na kursie 15 qetzali (teraz juz wszyscy znaja odpowiedz na pytanie 'ile ludzi wejdzie do pick-upa?'). Cos tam wylapujemy z tej ich rozmowy, 15 quetzali (ok. 2 $) to spokojnie mozemy im zaplacic. Tylko juz jedzmy. No dobrze, 15 moga zarobic ale co z tego skoro im sie nie chce. W koncu najmlodszy z debatujacych, najwidoczniej bez wlasnego auta, zaczyna nareszcie wykladac im cos do rzeczy. Mowi, ze skoro normalnie zarobiliby 15 to niech od nas wezma 20. Czysty interes. To w koncu przelamuje manane i jeden sie decyduje. My tez, tylko czemu tak dlugo to trwalo??? Ladujemy sie na tyl pick-upa i w droge. Ale nie tak predko. Skoro juz tam jedziemy to mozemy zabrac ze soba te 20 wielkich koszy czekajacych na poboczu od niewiadomo kiedy. Bedzie wiecej do zarobienia. Tym sposobem ladujemy w szoferce, jest ciasno, nawet bardzo ale panu kierowcy zupelnie nie przeszkadza to, ze wbija mi raz w biodro raz w kolano dzwignie skrzyni biegow. Normalka. Nawet cos tam sobie probujemy pogadac, pan sie bardzo dziwi ze chcemy ogladac ta ruine, bo przeciez tam nic nie ma. No ale klient nasz pan. Dojezdzamy na szczyt nowej gorki, kierowca mowi ze to tu. U bramy miasta spotykamy poszukiwaczy skarbow, ktorzy juz chyba nie znajduja niczego cennego w ruinach, ale w dzungli porastajacej teraz miasto zbieraja owoce na sprzedaz. Ciesza sie ze przyjechalismy, bo zalapia sie na transport na dol, a tak musieliby isc pieszo. Mowimy kierowcy, ze potrzebujemy 10-15 minut, chcemy zobaczyc tylko kosciol. Wskazuje nam kierunek pokazujac palcem najgestsza dzungle i mowi ze blisko. Na wstepie - pokrzywy. A ja w spodnicy. No dobra. Zostaje z panem kierowca a Darek rusza w dzungle niczym Tarzan. Bez maczety, z Victorinoxem. Tylko ze tym to tu sobie mozna w nosie podlubac. To jedne z najdluzszych 10 minut w moim zyciu. W koncu wylania sie podrapany przez krzaki i krzaczory i mowi ze cos chyba zobaczyl, ale jest tak zarosniete buszem, ze nawet nie mial jak wyjac aparatu. OK, wracajmy stad, nie ma sensu tego przedluzac. Trzeba poczekac az Gwatemalczycy zorientuja sie ze mozna z tego zrobic atrakcje turystyczna, a na razie trzeba zwiedzac tylko miejsca do ktorych dojezdzaja autobusy, a nie takie, w ktorych trzeba kombinowac na wlasna reke. Albo wybierac sie na takie 'ciekawostki' z wycieczkami, ktore kosztuja duzo, ale umieja calosc zorganizowac. Byc moze podjezdzaja do drugiej polowy tego kosciola? Nie chcielismy juz tego sprawdzac. Zjechalismy na dol i szczesliwym trafem zaraz nadjechal autobus do Xeli i to nawet nie chickenbus tylko taki pietrowy, z klimatyzacja, zupelnie pusty. Prawdopodobnie kierowca skads wracal i postanowil sobie dorobic. Zaplacilismy tyle co za chickenbusa. Pelen luksus. To chyba byla prawdziwa przygoda, choc moze troche bezcelowa :) |