|
Wyjezdzamy z Xeli. Jedziemy nad jezioro Atitlan, opisywane przez niektorych jako najpiekniejsze jezioro na swiecie. Otoczone przez gory i wulkany, z ciekawymi miasteczkami i wulkanami na wybrzezu.
Najpierw jednak pewna trudnosc sprawil nam wyjazd z Xeli. Otoz wlasnie dzis definitywnie i nieodwolalnie zaczela sie tu dla nas pora deszczowa. Siedzielismy w Xeli do wczesnego popoludnia, robiac wreszcie porzadki w zdjeciach z USA w kafejce internetowej. Kiedy udalo nam sie z nimi uporac, dziarsko ruszylismy na dworzec autobusowy. I wtedy sie zaczelo. Lunelo jak z cebra i w ciagu 10 minut ulicami zaczelu plynac rzeki deszczowki, a w zaglebieniach tworzyc jeziora. Zaraz, zaraz... Tak szybko? Jak to? Myslimy, myslimy i wymyslamy: tu nie ma studzienek! Nie przypominamy sobie w kazdym razie zebysmy je widzieli. To by wyjasnialo ten nadmiar wody na ulicach. Na dworcu autobusowym przychodzi nam juz brodzic po kostki w brudnawej wodzie. Super. Na szczescie autobus znajduje sie bardzo szybko, teraz wystarczy tylko sie troche podsuszyc zanim zbierze sie tradycyjny nadkomplet pasazerow. Z miasta wyjezdzamy juz w pieknych promieniach slonca. Panajachel, tutejsze Mikolajki witaja nas rowniez deszczem. Metoda 'na goodbye' zbijamy cene noclegu proponowana przez naganiaczy do satysfakcjonujacych nas ok. 10$ za dwojke z lazienka (obecnie jest po sezonie, wiec to im zalezy bardziej). Warunki OK, nawet mamy duze okno. Zostawiamy bagaze i ruszamy na polowanie na cos do zjedzenia. Jemy w restauracji (Darek plato tipico - stek plus ryz plus ciapa z fasoli plus surowka plus guacamole plus tortilla, ja tilapia w czosnku), konczymy Cuba Libre (happy hour - 2 w cenie 1 - trwa tu caly dzien... ciekawe...:)). Menu po angielsku, ketchup na stole - Yangshuo w wersji gwatemalskiej. Nowy dzien zaczynamy w bardzo zachwalanej przez nasz przewodnik piekarni. Jemy pyszny, mokry, ciezki chlebek bananowy i znakomite cynamonowe roladki. Drogo (jak na tutejsze warunki - placimy tyle, ile bysmy zaplacili za podstawowe sniadanie w restauracji), ale warto. Dzis dzien leniucha - snujemy sie po miescie, ogladamy pamiatki, a kiedy po poludniu zaczyna padac - zaszywamy sie w kafejce internetowej. Wieczorna Msza zaczyna sie z tradycyjnym, 15-minutowym poslizgiem, ale tym razem jest mlodziezowa. Graja na gitarach, spiewaja. Ale, co nas bardzo dziwi, majac caly czas w glowie obraz energetycznych latynosow, bardzo to wszystko jest spokojne i niesmiale. Zadnych tancow ani nawet przytupow. Mozna nawet powiedziec, ze smutno. Znow bardzo mile i wrecz wylewne przekazywanie sobie znaku pokoju. Na koniec przywitalismy oklaskami nowego parafianina, ktory kilka dni wczesniej sie urodzil. Ksiadz wzial go na rece i wszyscy razem odmowili modlitwe. Sympatycznie. W poniedzialek wczesna pobudka. O 8 zaczyna sie wycieczka lodka wokol jeziora z odwiedzeniem trzech miejscowosci. Niezliczona ilosc agencji i agencyjek turystycznych sprzedaje ja za 10$. Niby nie duzo, ale na pewno da sie taniej. Chcemy zaplacic na lodce, bez posrednikow. Docieramy na wybrzeze i slyszymy nawolywania na 'lago tour'. Lapie nas sprzedawca biletow, chce od nas rownowartosc 7 dolarow. Super. W sumie 6 do przodu. Ostatecznie na wycieczke odplywa jedna jedyna lodka zebrawszy od turystow roznokolorowe bileciki zakupione u przeroznych posrednikow. Wiwat spryt i umiejetnosc czytania przewodnika :) Cala wycieczka trwa 7 godzin, odwiedza sie miasteczka: San Pedro La Laguna z ciekawymi ewangelickimi kosciolkami i wieloma szkolami jezyka hiszpanskiego, Santiago Atitlan z kretymi uliczkami wypelnionymi kolorowymi straganami z pamiatkami i San Antonio - spokojne miasteczko bez turystow, bez straganow. Podobalo nam sie. A po poludniu tradycyjnie zaczelo padac...
|